Mój dziadek, Karol Bolesław Szymczakiewicz urodził się 17 sierpnia 1917 r. w Kańczudze, jako najstarsze dziecko Bronisławy z Nowickich i Edwarda Szymczakiewicza. Rodzice Karola byli dość późnym małżeństwem; Edward miał już 38 lat, Bronisława – 26 i porównując datę ślubu i narodzin pierwszego dziecka wydaje się, że pobrali się z powodu ciąży. Dodatkowo byli dość blisko spokrewnieni – babka matczyna Bronisławy, Anastazja Szymczakiewicz i ojciec Edwarda, Wawrzyniec Szymczakiewicz, byli rodzeństwem. Inną ciekawą koligacją była babka ojcowska Karola – grekokatoliczka, siostra ks. mitrata Karola Wołoszyńskiego. Dziadek jej nie poznał, zmarła 35 lat przed jego narodzeniem. Wspominał jednak z dzieciństwa uczestnictwo w dwóch wigiliach, polskiej i ruskiej, u swojej „babki” – więc musiał w jakiś sposób uczestniczyć w praktykach religijnych tej części swojej rodziny.
Dziadek Karol miał co najmniej dwójkę młodszego rodzeństwa:
- siostrę Marię ur. w 1921 r., zm. w 2001 r., która wyszła za mąż za Władysława Fudali,
- brata Stefana, ur. w 1926 r., zm. w 2004 r., który ożenił się z Marią Kaniuch.
Nie dotarłam jeszcze do metryk rzymskokatolickich z Kańczugi, aby potwierdzić, czy w tej rodzinie było więcej dzieci, którym nie było dane dożyć dorosłości.
Edukacja
Dziadek chodził do 7-klasowej szkoły podstawowej w Kańczudze i ukończył 7 klas. Zaświadczenie wydane 15 czerwca 1953 r. wspomina, że ukończył ją w roku 1932/33 z ogólnym postępem dobrym. Z tego okresu zachowało się jedno szkolne zdjęcie, dziadek Karol stoi za nauczycielką. Ma tu około 7-8 lat.

W spisie ludności z 1931 r. Karol mieszka z rodzicami i rodzeństwem w domu przy ul. Szpitalnej (?) 27 w Kańczudze. Ojciec jest określony jako „właściciel gospodarstwa rolnego”, matka jako „gospodyni”.
Z rodzinnych opowieści wiem, że chciał dalej kształcić się na kupca, niestety nie został przyjęty na termin przez cech. W związku z tym, wybrał stolarstwo. W naszym archiwum zachował się dokument ukończenia nauki w zawodzie stolarza (wyzwolin) z 25 kwietnia 1937 r. Wynika z niego, że dziadek uczył się fachu w okresie od 1 lutego 1934 r. do 2 kwietnia 1937 r. u Antoniego Podporzego. Egzamin czeladniczy dziadek Karol złożył 11 stycznia 1939 r. , o czym zaświadczała Komisja Egzaminacyjna Czeladnicza dla zawodu stolarskiego przy Izbie Rzemieślniczej we Lwowie.

Małżeństwo i dzieci
Nie znam dokładnie okoliczności, w których dziadek Karol poznał się z babcią, Kazimierą Sochacką. Wspomniał kiedyś, że rozważał kilka kandydatek na żonę, ale ostatecznie wybrał babcię.

Dziadkowie pobrali się 22 czerwca 1940 r. w kościele w Kańczudze. Dziadek miał wtedy 23 lata, babcia 21 lat. Trwała wojna; babcia sukienkę pożyczyła od znajomej.

Zamieszkali w domu rodzinnym panny młodej przy ulicy Piłsudzkiego 206, który dzielili z mamą babci, Wiktorią. W kolejnych latach przyszła na świat piątka ich dzieci:
- Helena ur. w 1941 r., wyszła za mąż za Józefa Kiszkę,
- Zdzisław ur. w 1944 r., zm. w 2022 r., ożenił się z Krystyną Możdżeń,
- Teresa ur. w 1949 r., wyszła za mąż za Adama Oleksińskiego,
- Janusz ur. w 1952 r., zginął tragicznie w 1975 r.,
- Jadwiga ur. w 1953 r., wyszła za mąż za Marka Ćwikłę.
Czwórka z jego dzieci założyła rodziny; dziadek Karol i babcia Kazia doczekali się w sumie 11 wnuków. Wspominam dziadka jako osobę, która bardzo lubiła dzieci; w rodzinnym archiwum zachowało się mnóstwo fotografii, w których dziadek trzyma maluchy na rękach albo na kolanach.


W 1990 r. dziadek zorganizował uroczyste obchody 50-tej rocznicy małżeństwa, w których uczestniczyłam razem z pozostałymi członkami licznej rodziny.


Praca zawodowa
Po ukończeniu szkoły stolarskiej, od 1 maja 1937 r. do 30 września 1939 r. Karol pracował w Fabryce Nadwozi Samochodowych, której właścicielem był Adolf (?) Kellerman.

W czasie II wojny światowej, fabryka została zajęta przez Niemców. Dziadek pracował w charakterze stolarza od 1 listopada 1939 r. do 30 kwietnia 1944 r. (Pi-Park). Jak sam zapisał w swoich niedatowanych notatkach: „Z powodu działań wojennych wszelkie dokumenty zostały zniszczone – okupant cofając się wszystko niszczył z zajmowanych terenów. Warsztat stolarski do tej pory nie istnieje, a właściciel dawno pomarł, a dokumentów żadnych nie ma.”

Po wojnie, nadal jako stolarz pracował w warsztacie Jana Koperskiego w Kańczudze, od 10 sierpnia 1947 r. do 31 marca 1951 r. W tym okresie kształcił się dalej. 25 lipca 1949 r. dziadek zdał egzamin ukończenia Kwalifikacyjnego Kursu Kupieckiego w Przeworsku, który był organizowany przez Kupiecki Instytut Wiedzy Zawodowej, oddział w Rzeszowie. Zrealizował w ten sposób swoje marzenie sprzed ponad 20 lat o kształceniu się w tym kierunku.
Od 1 lipca 1951 r. pracował w Centrali Ogrodniczej, Delegatura w Przeworsku. Zachował się dokument z informacją o wysokości wynagrodzenia, które wynosiło 535.50 zł miesięcznie z dodatkiem funkcyjnym 63 zł oraz nieokreśloną bliżej premią; niestety nie jest wspomniane stanowisko, które zajmował. 21 lipca 1953 r. otrzymał dokument uznania za osiągnięcia w pracy zawodowej, wydane przez Przedsiębiorstwo Skupu Owoców i Warzyw w Przeworsku.

W dn. 26 do 30 kwietnia 1954 r. uczestniczył w kursie kontraktacji i skupu w Jarosławiu, który zakończył zdanym na ocenę bardzo dobrą egzaminem. Dzięki temu mógł podjąć pracę w charakterze pracownika skupu. 1 czerwca 1954 r. rozpoczął pracę jako Kierownik Punktu Skupu w Kańczudze w ramach Przedsiębiorstwa Skupu Owoców i Warzyw w Przeworsku. Zachowany dokument z 1 stycznia 1955 r. wspomina o wynagrodzeniu 748 zł plus dodatek funkcyjny 114 zł, razem 862 zł.
Zakład pracy (niestety nie wiadomo, który dokładnie), delegował dziadka Karola na kurs dla Kierowników Punktu Skupu w Poznaniu o poziomie średnim, który zrealizował między 22 lutego a 8 marca 1957 r. Wydaje się, że to szkolenie otworzyło mu drogę do zmiany pracy; od 1 lipca 1957 r. pracował jako kierownik punktu skupu w Kańczudze, należącego do Spółdzielni Ogrodniczej „Ziemi Przeworskiej” w Przeworsku. Ciekawy dokument z 31 maja 1958 r. opisuje jego zakres obowiązków na tym stanowisku. Od 1 lipca 1960 r. spółdzielnia powierzyła dziadkowie dodatkowe obowiązki kierownika kwaszarni. Dokument z 27 marca 1961 r. przyznaje mu 1500 zł wynagrodzenia plus 10% premii uznaniowej na stanowisku kierownika punktu skupu w Kańczudze. Czy oznacza to, że równocześnie pełnił oba stanowiska?


W każdym razie, dalej pogłębiał swoją wiedzę. W dn. 16 do 22 marca 1964 r. ukończył kurso-seminarium dla majstrów kwaszarni ogórków i kapusty w Teresinie.
Od 1 stycznia 1965 r. był magazynierem kańczuckiego magazynu należącego do spółdzielni, która tymczasem zmieniał nazwę na „Spółdzielnia Ogrodniczo-Pszczelarska „Ziemi Przeworskiej” w Przeworsku”.
W 1967 r. dziadek był nadal kierownikiem kwaszarni w Kańczudze, prowadzonego przez w/w spółdzielnię. Od 1 sierpnia tegoż roku jego wynagrodzenie wynosiło 2000 zł plus premia kwartalna. Jego wynagrodzenie od 1 października 1973 roku wynosiło 2500 zł plus dodatek funkcyjny 200 zł, plus dodatek za nieprzerwaną pracę w CSO 375 zł oraz 3% premii kwartalnej.

Od 26 do 29 kwietnia 1976 r. uczestniczył w kursokonferencji dla kierowników i mistrzów z zakresu kwaszarnictwa, organizowanym przez Wojewódzką Spółdzielnię Ogrodniczo – Pszczelarską w Poznaniu.


Działalność w OSP Kańczuga
W 1934 r. 17-letni wówczas Karol wstąpił do miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej i pozostał w jej szeregach przez resztę życia. W okresie 73-letniej przynależności swoje umiejętności i doświadczenie poświęcił społecznej działalności w tej organizacji, często z narażeniem życia podczas akcji gaszenia pożarów.
W pierwszych latach swojej działalności w Ochotniczej Straży Pożarnej w Kańczudze dziadek Karol zdobywał umiejętności przydatne w pełnieniu tak odpowiedzialnej służby, między innymi mechanika motopompy, pracując w latach 1939-45 przy jej obsłudze. Po otrzymaniu przez OSP Kańczuga w 1954 r. pierwszego wozu bojowego często nim kierował jadąc ze strażakami do pożarów.
W latach powojennych pełnił funkcję gospodarza remizy, do czasu powołania w lipcu 1949 r. na stanowisko Zastępcy Komendanta kańczuckiej Ochotniczej Straży Pożarnej, które piastował do początku lat 60-tych.
W lipcu 1964 r. został wybrany Prezesem OSP Kańczuga. Funkcję tę sprawował przez kilkanaście lat, do czasu powołania na stanowisko Naczelnika w maju 1977 r., na którym pozostawał do grudnia 1982 r., kiedy wybrany został ponownie na stanowisko Prezesa. Funkcję tę pełnił nieprzerwanie przez prawie 14 lat tj. do roku 1996. Następne lata działał jako wiceprezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Kańczudze.
Za długotrwałą i wybitną pracę w ochronie przeciwpożarowej otrzymał tytuł Honorowego Prezesa Ochotniczej Straży Pożarnej w Kańczudze oraz dożywotnie członkostwo OSP. W latach 1997-1998 był również Członkiem Zarządu Wojewódzkiego OSP w Przemyślu.
Był inicjatorem wznowienia w 1966 r. działalności strażackiej orkiestry dętej, która nie funkcjonowała w Kańczudze od wybuchu II wojny światowej, z powodu konfiskaty instrumentów przez okupanta. Przez wiele lat bardzo angażował się w sprawę budowy nowego Domu Strażaka w Kańczudze przy ul. Parkowej. Obiekt ten został uroczyście oddany do użytku 17 czerwca 1979 r., w ramach obchodów 100-lecia Ochotniczej Straży Pożarnej w Kańczudze.
Karol Szymczakiewicz za swą działalność i osiągnięcia w dziedzinie ochrony przeciwpożarowej, zaangażowanie społeczne oraz zawodowe został uhonorowany Srebrnym Medalem Zasługi, Odznaką Za Wysługę 25 lat, Odznaką Strażak Wzorowy, Odznaką Zasłużony Dla Województwa Rzeszowskiego, Złotym Medalem Za Zasługi Dla Pożarnictwa, Odznaką Za Wysługę 50 Lat, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem 40-lecia Polski Ludowej, Złotym Znakiem Związku, Brązową Odznaką Za Zasługi Dla Ochrony Przeciwpożarowej, Odznaką Za Wysługę 60 lat, Medalem okolicznościowym „600 lat Miasta Kańczugi”. Legitymacje związane z tym odznaczeniami można zobaczyć w poświęconym im wpisie. .

Druh Karol był długoletnim Prezesem, Komendantem, Naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Kańczudze, społecznikiem zaangażowanym w działania na rzecz miejscowości, w której mieszkał, a kilkadziesiąt lat swojego życia poświęcił wielkiej pasji, jaką była działalność właśnie w tej Straży. Szczególną troską otaczał kańczucką „ukochaną” Strażacką Orkiestrę Dętą. Osobistą pamiątką, jaka trafiła w moje ręce od dziadka gdy byłam nastolatką, są ponad 100-letnie nuty, wykorzystywane w dawnych czasach przez muzyków orkiestry.
Pasje
Poza strażą, dziadek był absolutnym pasjonatem sadownictwa i ogrodnictwa. Oczywiście miało to źródło praktyczne – trzeba było utrzymać liczną rodzinę. Niemniej jednak z mojej perspektywy dziecka zawsze wydawało mi się, że też to po prostu lubił i te tematy go interesowały. Zawsze coś uprawiał; w lecie cała rodzina i najęci ludzie zbierali owoce w sadzie; pamiętam, że nam za to coś płacił. Z dzieciństwa wspominam też uprawy rabarbaru i maku, na który miał zezwolenie (słomę makową trzeba było komisyjnie niszczyć).

W papierach zachowało się świadectwo ukończenia kursu szkolenia podstawowego obrony przeciwlotniczej i przeciwchemicznej organizowanego przez Ligę Przyjaciół Żołnierza. Dziadek ukończył go z wynikiem ogólnym dobrym. Kurs trwał od 20 października do 31 grudnia 1954 r.
Dziadek potrafił też wyrabiać wędliny. Sztuki tej nauczył go jego wieloletni przyjaciel i szwagier, wujek Władek Fudali. Na strychu domu znajdowała się wędzarnia.

Ostatnie lata
Ostatnie lata były dla dziadków niełatwe. Babcia chorowała, dużo leżała i nie była w stanie prowadzić domu. Dziadek, który nigdy wcześniej się tym nie zajmował, nauczył się gotować. Gotował na przykład zupy w ilościach hurtowych i mroził, tak żeby później łatwo i szybko wyciągnąć i odgrzać porcję. Pamiętam z któregoś wakacyjnego pobytu, że zarządził lepienie pierogów i zrobiliśmy ich setki – wszystko poszło do zamrażarki.
To jedna z ostatnich wspólnych fotografii babci i dziadzia, wykonana ok. 2004 r.

Babcia zmarła 22 października 2007 r. w szpitalu w Przemyślu. Dziadzio Karol bardzo przeżył śmierć żony, z którą był związany 67 lat. Pamiętam, jak przyjechaliśmy na pogrzeb babci i przywitał mnie łamiącymi serce słowami: „żona mi umarła”. Jego stan zdrowia zaczął się gwałtownie pogarszać. Mama nie była w stanie zorganizować dobrej opieki na miejscu w Kańczudze, zabrała go więc w zimie do siebie do Krakowa. Dzięki temu dziadek miał okazję spotkać swojego prawnuka, a mojego syna Pawła, wówczas 2-letniego. Jak zawsze z dziećmi, był wobec malucha bardzo serdeczny i obiecał, że kupi mu owieczkę. Po kilku dniach stwierdził jednak, że nie czuje się dobrze tak daleko od miejsca, w którym przeżył całe życie. Mój mąż odwiózł więc w nocy dziadka Karola do Kańczugi.
Dziadek zmarł niespełna pół roku po tym, jak babcia odeszła, 7 marca 2008 r. w Łańcucie, w wieku 90 lat. Pogrzeb był niezwykle uroczysty; poza rodziną i bliskimi pożegnali go bliscy Mu kańczuccy druhowie strażaccy oraz druhowie z sąsiednich jednostek Straży Pożarnych.
Moje wspomnienia
Dziadek Karol mocno wspierał rodzinę – swoją owdowiałą siostrę, dzieci i wnuki. Wielokrotnie pomagał tym ze swoich potomków, którym gorzej powiodło się w życiu: dawał pieniądze, spłacał długi. Nie był przy tym wylewny. Był praktyczny; trudno było go namówić na opowieści o dawniejszych czasach, uważał to za stratę czasu. Gdy zajęłam się na poważnie genealogią, bardzo żałowałam, że nie widział w tym sensu – miał znakomitą pamięć i ogromną wiedzę o realiach życia w dawnej Kańczudze. Gdy słyszał moje pytania, zamyślał się – mam takie wspomnienie: dziadek siedzi na krześle przy stole, patrzy daleko przed siebie, przez okno ale milczy – widzę, że odtwarza przed oczami dawno zapomniane historie. Po kilkudziesięciu sekundach macha ręką i mówi: to głupoty. Udało mi się z niego wyciągnąć dosłownie pojedyncze informacje – wzmiankę o „biskupie ruskim”, bracie jego babki; kilka historii o życiu Żydów w przedwojennej Kańczudze; wspomnienia o ekshumacji grobu jego dziadka i o dziewczynie pochowanej w letargu; o tym, że za jego młodości kobiety chodziły w długich spódnicach i długo karmiły dzieci piersią. Z drugiej strony, gdzieś tam o zachowaniu rodzinnych pamiątek myślał – dzięki jego staraniom powstał album z rodzinnymi zdjęciami, które pracowicie do niego powklejał i podpisał.

Dziadek Karol miał niełatwy charakter – lubił, jak sprawy działy się tak, jak tego oczekiwał. Jak coś szło nie po jego myśli, szybko się denerwował i unosił; potem przychodziła refleksja i przeprosiny. Z wiekiem złagodniał.
Dziadek zawsze zadziwiał mnie swoją aktywnością. Nie potrafił odpoczywać i tą nadaktywność po nim odziedziczyłam. Miał już niemal 90 lat, a ciągle wspinał się na czereśnie w sadzie, żeby zebrać owoce, co doprowadzało nas do rozpaczy – baliśmy się, że spadnie z drabiny i się połamie. Na szczęście, nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Jako dziecko, spędzałam w Kańczudze mnóstwo czasu w wakacje; dziadek zawsze był zajęty czymś praktycznym i zabierał mnie ze sobą w różne miejsca swoim starym żukiem albo nieco nowszą nyską. Jeździliśmy razem do sadu zbierać owoce, zawoziliśmy zbiory do skupu, sprzedawaliśmy różności w przydomowym sklepie, zdarzało się nawet pomagać przy rozbiorze ubitego w garażu świniaka. Oczywiście dzieci nie miały tam wstępu z racji drastycznych okoliczności zabijania zwierząt, ale nosiłam między garażem a kuchnią podroby, które babcia następnie obrabiała albo mroziła. W ten sposób pierwszy raz w życiu zobaczyłam móżdżek.
Dziadek wstawał wcześnie rano; popołudniami wpadał do piwiarni swojego brata na piwo. Wracał do domu dopiero wieczorem, wtedy oglądał telewizję i czytał gazetę „Nowiny”. W kuchni grało radio Maryja. Pamiętam go modlącego się na klęcząco przy łóżku, każdego wieczora przed pójściem spać. Nigdy wtedy nie wchodziłam do pokoju dziadków, bałam się mu przeszkodzić w modlitwie.