„Moja gminna spółdzielnia – wczoraj, dziś i jutro” – lipiec 1964 r.

Wspomnienie Stanisława Ćwikłu

1964.07 Wspomnienia o GS Kalwaria

W archiwum rodzinnym zachowało się wspomnienie z lipca 1964 r., napisane przez mojego dziadka Stanisława Ćwikłę, dotyczące początków historii spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Kalwarii Zebrzydowskiej. Maszynopis jest napisany stylem literackim; czy była to praca wysyłana na jakiś nieznany dziś bliżej konkurs, albo przeznaczona do publikacji w jakimś wydawnictwie? Niestety, tego nie wiemy.

Dziadek był wieloletnim pracownikiem tej spółdzielni.

Stanisław Ćwikła
pracownik G[minnej] S[półdzielni]  „S[amopomoc] .Ch[łopska]”
Kalwaria Zebrzydowska
pow. Wadowice

MOJA GMINNA SPÓŁDZIELNIA –
WCZORAJ, DZIŚ I JUTRO

Spojrzenie w przeszłość

Trudno nam niejednokrotnie w codziennym życiu – z jego kłopotami i obowiązkami – widzieć i oceniać w jak najszerszym pojęciu efekty minionych dwudziestu lat.

Krąg własnych zainteresowań i obowiązków w zakładzie pracy, czy w domu, przesłania pełny obraz tego olbrzymiego wysiłku, a przy tym i sukcesów, w których każdy z nas ma swój udział. Na ogół chwalimy się, lub oburzamy na rzeczy, które nas osobiście obchodzą. Wzbiera w nas gniew, gdy w sklepie zabraknie masła, gdy w autobusie, którym jedziemy jest tłok, że nasze sprawy załatwiane są przez różne administracje opieszale – tych drobnych i denerwujących uchybień w życiu codziennym mamy jeszcze niemało.

Czy jednak mogą mieć one decydujący wpływ na ogólną ocenę zjawisk? Nie tylko własne podwórko, egoistyczne interesy, ale widzenie siebie na tle całego społeczeństwa daje dopiero obraz prawdziwy.

Dlatego warto dziś wspomnieć od czego zaczynaliśmy dwadzieścia lat temu. Trzeba oglądnąć się na drogę, którą przebyliśmy przez te lata i na tych etapach, które szczególnie wbiły się w pamięć na chwilę trzeba się zatrzymać.

Wielkim uproszczeniem byłoby nakreślić linię wzrostu efektów czysto gospodarczych, choćby ona dawała zgodny ze statystycznymi wskaźnikami prawdziwy obraz osiągnięć tak poszczególnych zakładów pracy jak i całych gałęzi gospodarki narodowej.

Gdy podczas trwającej jeszcze okupacji we wrześniu 1944 roku rozpoczynałem pracę w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej w Kalwarii Zebrzydowskiej nie myślałem o tym, że dwadzieścia lat później w tym samym zakładzie pracy będę przeżywał lipcowe święto Ludowej Ojczyzny.

Jaka to była ta spółdzielnia w ostatnich miesiącach okupacji? Działa w ramach Związku „Społem” i w warunkach okupacyjnych mimo bezpośredniego niemieckiego nadzoru i szalejącego teroru była organizacją gospodarczą – niosącą pomoc i głodującej pozbawionej kartek żywnościowych oraz wszelkiej opieki ludności i organizacjom podziemnym. Dzisiaj nikt już nie policzy tych towarów, które różnymi sposobami i drogami docierały do rodzin wysiedlonych, do najbardziej potrzebujących warszawiaków, którzy po powstaniu znaleźli się w tych stronach czy też do „chłopców z lasu”. W spółdzielni znaleźli pracę ludzie ukrywający się przed okupantem. Tutaj w „tajnych rodaków rozmowach” widziano nową spółdzielczość, która odradzała się już w tym czasie na ziemi lubelskiej i rzeszowskiej.

Tak nadszedł styczeń 1945 roku. Niemcy cofając się z okolic Tarnowa i wiedząc że nigdy tutaj już nie powrócą, zabierali na samochody co tylko się dało z magazynów spółdzielni. Znikły ostatnie tony kontyngentowego zboża, mąka, cukier. Czego nie zdążyli zrabować – niszczyli, aby pozostawić po sobie pustynię. Rankiem 24 stycznia Kalwaria była wolna. Dzięki zwycięskiej ofenzywie wojsk radzieckich i szybkiemu manewrowi oskrzydlającemu miasteczko ocalało, zniszczenia były niewielkie.

Wspominam dzisiaj ten styczniowy – pierwszy w wyzwolonym kraju dzień pracy. Było stosunkowo ciepło – lekka odwilż. W powietrzu czuło się przedwiośnie. Przed budynkiem spółdzielni zebrało się kilku kolegów. Staliśmy niezdecydowani. Drzwi do magazynu były otwarte zamek wyrwany, za progiem mokry brudny śnieg. W głębi pod ścianą, za porozrzucanymi skrzynkami leżało może pół tony sody do prania. Pod wybitym oknem, zmieszane z błotem i słomą poniewierały się strzępy papierów, a tu i ówdzie rozbite butelki. W biurach zastaliśmy kilka krzeseł, trochę akt, dwa zniszczone biurka i jedną szafę. Taki majątek przejmowała spółdzielnia remanentem „zdawczo-odbiorczym”. Stroną zdającą była wówczas historia, która odwróciła właśnie najważniejszą kartę dla naszego życia.

Co robić dalej? Czy warto zaczynać tu pracę, czy zostawić to wszystko na łasce losu i iść gdzieindziej?

Decyzja zapadła jednak w każdym z nas na swój sposób, ale jednomyślna choć bez słów.

Na porzucony wózek załadowaliśmy cały „remanent” sody i wspólnie zaciągliśmy go do sklepu. Tak jechał po rozmokłym śniegu pierwszy transport towaru do Kalwarii. Później odkryliśmy w rupieciarni przy magazynie zbożowym kilkadziesiąt sztuk kopaczek trójzębnych, jakieś lepy na muchy, trochę farbki do prania, kilka skrzynek gwoździ i inne szczęśliwie ocalałe z rabunku drobiazgi. Wszystko to razem wzbogaciło „asortyment” towarowy sklepu, który otrzymał dziś już symboliczny – numer 1.

Najważniejszym jednak wówczas problemem było zapewnienie wypieku i rozdziału chleba. W tamtych dniach musiało się dać pieczywo najbardziej potrzebującym. Piekarnie były tylko prywatne, groziła spekulacja chlebem. Powstające organa władzy ludowej zarekwirowały mąkę w prywatnym młynie, jednej piekarni nakazano wypiek chleba na przydział. Chleb ten nosiliśmy w koszach do prowizorycznie urządzonego sklepu, gdzie wydawany był na bony. I tak powstał drugi sklep przydziałowo-spożywczy, zostałem jego kierownikiem.

Nikt z nas wówczas nie pytał się wcale kiedy i jakie otrzyma wynagrodzenie. Odradzające się życie samo wciągało w coraz bardziej normalne tryby codzienności. Zaczęła napływać pierwsza gotówka ze sprzedaży.

Dziwny to był handel wiosną 1945 roku. Towar kupowało się w Krakowie w hurtowni „Społem” – oczywiście za gotówkę. Nie było banku, przelewów, inkasa. Do Krakowa kursował pociąg złożony ze starej lokomotywy i trzech odkrytych wagonów towarowych. W plecakach woziliśmy do sklepu cukierki, papierosy, drożdże itp. Na szczęście taki pierwowzór bezpośrednich dostaw nie trwał długo i skończył się z chwilą gdy mogliśmy się zaopatrywać w naszym powiatowym mieście, w Wadowicach. Towary woziliśmy furmankami.

Dopiero w roku 1946 otrzymała spółdzielnia pierwszy samochód ciężarowy z demobilu. Było to wielkie wydarzenie w dziejach spółdzielni. Coraz sprawniej pracował nasz handel bazujący wówczas na trzech sklepach w Kalwarii i po jednym w Brodach i Zebrzydowicach. W lutym 1945 roku zatrudniała spółdzielnia 12 pracowników. Biura i magazyny mieściła się w starym budynku podworskim w Brodach, pierwsze sklepy w wypalonym domu w Kalwarii. Ale zadania spółdzielni było coraz większe. Przejęliśmy pięć zdewastowanych resztówek i obok handlu spółdzielnia miała wówczas młyn, tartak, suszarnię owoców i warzyw, stawy rybne, kuźnię i ośrodki maszynowe. Była to oczywiście działalność tak różnorodna, że nie wszystko mogło sprawnie działać. Ale ktoś musiał w tym okresie zająć się tymi zagadnieniami. Zadanie to przypadło spółdzielni. Dopiero w miarę powstawania odpowiednich organizacji branżowych przekazywaliśmy poszczególne zakłady jak młyn, tartak, stawy rybne czy całe obiekty podworskie. W roku 1947 na resztówce w Brodach z inicjatywy naszej spółdzielni powstała Lanckorońska Wytwórnia Win istniejąca do dziś.

Może to określenie banalne, ale był to naprawdę okres pionierski. Z perspektywy lat można ocenić, że kadra spółdzielni w tamtych czasach zdobyła wszechstronne praktyczne doświadczenie. Trudności były wielkie, dużo może popełniliśmy błędów, ale nauczyliśmy się patrzyć po gospodarsku i realnie przewidywać. Z bezplanowości i chaosu przechodziliśmy na tory gospodarki planowej. Zrastał się w pracy kolektyw, a równocześnie odchodzili ze spółdzielni ludzie, dla których obojętne było gdzie pracują. Zostawali związani ze środowiskiem, ze spółdzielnią.

W roku 1948 przyjmując statut Gminnej Spółdzielni i łącząc małe spółdzielnie rolnicze wiejskie w jedną spółdzielnię – pod zielonymi szyldami działało już 14 sklepów, 2 magazyny towarów masowych, magazyn zbożowy i rozdzielczy. Do roku 1950 uruchomiono dwie piekarnie, masarnie, rozlewnię piwa, 2 gospody, powstały nowe sklepy. Biura w starym spichrzu w Brodach nie mogły pomieścić nowych pracowników. Ale przecież spółdzielnia posiadała w rynku w Kalwarii budynek piętrowy przydzielony jej jako mienie opuszczone. Parter zajmowały sklepy, w podworcu był magazyn i garaże, ale całe piętro wypalone w roku 1945 świeciło pustkami. Parter dało się stosunkowo łatwo wyremontować. Gorzej było z tym piętrem. Nie było tam pieców, drzwi, okien i podłóg. Remont z braku środków postępował powoli. Tymczasem w starym biurze było już tak ciasno, że przy jednym biurku pracowały niekiedy trzy osoby. Nie czekając na zakończenie remontu w grudniu 1949 przeprowadziliśmy się do niewykończonych pomieszczeń i własnymi siłami urządziliśmy nie tylko biura ale również lokal świetlicy, która stała się zalążkiem życia kulturalno-oświatowego. W tym czasie byłem referentem administracyjno-finansowym. Zresztą nie było jeszcze wówczas wyraźnie nakreślonej struktury organizacyjnej.

Wspominając wczorajsze dzieje spółdzielni nie piszę oczywiście jej kroniki, ta bowiem jest zawarta w bilansach, sprawozdaniach na Walne Zgromadzenia, protokołach z lustracji itp. Jak w każdej organizacji społecznej były w historii naszej spółdzielni okresy wzlotów i stagnacji. Zdarzali się nawet tacy domorośli działacze, którzy twierdzili, że spółdzielnia może pracować ze stratami byle spełniała zadania „społeczne”. Były okresu zastoju na odcinku remontów i inwestycji. Krępowanie odgórne samorządu spółdzielczego też było częstym zjawiskiem. Dobre wskaźniki ponadplanowego zysku zasłaniamy swoją cyfrową wymową stare, nieremontowane piekarnie, walące się parkany przy magazynach. Jednak spółdzielnia nie wykazała strat bilansowych, a zyski jej są i były rekordowe w województwie krakowskim.

Trudno dziś spamiętać wszystkie radosne i mniej wesołe wydarzenia, wszystkie przebyte trudy, całą zmienną, twórczą codzienność naszej spółdzielni.

Jaki jest widoczny dorobek tych lat?

Lipcowe dziś

Gminna Spółdzielnia po przejęciu działalności GS Lanckorona posiada w swym zasięgu miasto Kalwarię Zebrzydowską i 17 wsi. Prowadzi 48 sklepów, 15 punktów sprzedaży pomocniczej, 9 kiosków, 4 gospody, 3 piekarnie, rozlewnię piwa i wytwórnię wód gazowych, 3 magazyny towarów masowych, 2 bary, punkty skupu i zakłady usługowe. Pracuje obecnie w spółdzielni 234 pracowników, szkoli się 13 uczniów. Łączny plan obrotu na rok bieżący – 120 milionów zł. Wypracowany zysk za rok 1963 – 3.183,0 tys. zł.

To są tylko cyfry, które mogą radować i mogą równocześnie budzić refleksje, czy są sprawiedliwym wykładnikiem pracy. Nie mówią bowiem wszystkiego, nie są zdolne otworzyć uczuć, które towarzyszyły każdym nowym poczynaniom.

Zobaczmy co posiadamy w bilansie lipcowym.

W Kalwarii wszystkie sklepy wyremontowane. Nowoczesne urządzenia, preselekcja, „Sam” spożywczy. We wioskach nowe sklepy, dwa nowootwarte bary. Nowa piekarnia mechaniczna i największa i równocześnie najnowocześniejsza w województwie rozlewnia piwa i wytwórnia wód gazowych.

Gospody nasze niczym nie przypominają dawnych knajp. Nie powstydziłoby się ich żadne duże miasto. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy gospoda geesowska była ulubionym tematem dla satyryków. Sklepiki wiejskie były jeszcze tak niedawno jedynymi lokalami, gdzie przy szklance piwa czy wina koncentrowało się towarzyskie życie wsi. Dziś prowadzimy klubo-kawiarnia i działalnością tą wkrótce obejmiemy wszystkie wioski. Jak wygląda dziś polska wieś. Nowe domy, z okien widoczna zamożność, na dachach anteny telewizyjne, na drogach motocykle. Rzeczy znane, ale ciągle trzeba o nich przypominać, przede wszystkim młodym ludziom, którzy nie mają możności porównań.

Obok działalności gospodarczej statut zobowiązuje również spółdzielnię do prowadzenia akcji kulturalno-oświatowej.

W ciągu ostatnich lat pracownicy spółdzielni i członkowie samorządu w ramach akcji „poznaj swój kraj” zwiedzili dosłownie całą Polskę od Bieszczad po Świnoujście, od ziemi jeleniogórkiej do jezior augustowskich. Poznali i jeszcze mocniej umiłowali. Wyjazdy do Krakowa do teatru, cały szereg innych imprez, wczasy świąteczne, wczasy wypoczynkowe, kolonie dla dzieci – to wszystko w końcowym rezultacie zapisujemy po stronie wielkich choć niematerialnych i niewymiernych osiągnięć. Rewolucja kulturalna i odbudowa psychiki ludzkiej dokonuje się nieprzerwanie w naszych oczach. Kto pamięta wsie i miasteczka polskie z czasów przedwojennych – ten jedynie potrafi ocenić ogrom zmian, jakie dokonały się w Ludowej Ojczyźnie.

Tak się złożyło, że na naszym terenie nie ma żadnego zakładu przemysłu kluczowego. Obok Gminnej Spółdzielni działają trzy duże spółdzielnie pracy, a to Stolarska im. L. Waryńskiego – budująca obecnie wielki kombinat meblowy, Spółdzielnia Obuwnicza „Świt” produkująca już w nowowybudowanym zakładzie oraz Spółdzielnia „Meble Artystyczne”. Przy naszej spółdzielni powstała pierwsza na terenie Kalwarii spółdzielnia mieszkaniowa zrzeszająca pracowników GS-u. Trzy w tej chwili w stanie surowym 4-ro kondygnacyjne bloki mieszkalne dla 42 rodzin będą zamieszkałe już na wiosnę przyszłego roku. Zmienił się krajobraz ziemi kalwaryjskiej i to właśnie przede wszystkim dzięki rozwijającym się spółdzielniom. Bez najmniejszej przesady można stwierdzić, że nasze okolice są typowym przykładem sukcesów spółdzielczości w dwudziestoleciu. My jako gminna spółdzielnia nie mamy tutaj konkurenta w postaci MHD czy PSS – jesteśmy monopolistami, jeśli można tak to określić, dlatego więc ciąży na nas wielki obowiązek i wielka odpowiedzialność za zaopatrzenie, należytą produkcję naszych zakładów, usługi i cały szeroki wachlarz zagadnień i zadań, które spełniamy lepiej czy gorzej ale zawsze z poczuciem świadomej odpowiedzialności.

Nie wszystko oczywiście zostało jeszcze zrobione. Są duże braki, których przed naszymi członkami nie chowamy pod korzec. Trwa niezahamowany wyścig o lepsze wyniki. W dniu lipcowego święta oddamy do użytku dwa nowe sklepy na wsi – jeden w Izdebniku, drugi w Skawinkach. Ale to wszystko jeszcze mało. Na nowe sklepy czekają inne wioski, gdzie lokale sklepowe i ich urządzenie przypominają czasy dawno minione.

Nie zamierzam wyszczególniać tutaj wszystkich osiągnięć naszej spółdzielni ani omawiać braków i błędów. Ważne jest to, że z tego zmagania się plusów i minusów – rodzi się optymizm i wiara w realność naszych planów i zamierzeń na

j u t r o.

Nasza spółdzielnia potrzebuje koniecznie odpowiedniej bazy magazynowej. Jeden tylko magazyn towarów masowych na stacji kolejowej Leńcze wybudowany w latach 1959-60 jest obiektem z prawdziwego zdarzenia. Dwa pozostałe nie nadają się już do eksploatacji. Coraz więcej rozprowadzamy artykułów dla rolnictwa dusząc się w ciasnocie pomieszczeń i placów składowych.

Dlatego też główne zadanie na najbliższy okres to budowa zespołu magazynów nawozów sztucznych, materiałów opałowych i budowlanych w Kalwarii. Obiekt ten został już zlokalizowany, projekty są w opracowaniu, a do realizacji przystąpi się w roku 1965.

Sieć sklepów wiejskich jest także niewystarczająca. Trzeba więc ciągle budować.

Dużo do zrobienia pozostało na odcinku usług dla rolnictwa. Mało jeszcze mamy wypożyczalni maszyn i sprzętu rolniczego. Dużo jeszcze Kółek Rolniczych nie zrozumiało konieczności współpracy z Gminną Spółdzielnią.

Mamy doświadczenia dwudziestu lat. Trzeba korzystać z nich. Odrzucić to co już przestarzałe, co nie zdało egzaminu życiowego.

Nadmiar biurokracji, zbędnych niekiedy sprawozdań, niepotrzebna korespondencja między ogniwami naszego pionu winny ustąpić prostym formom organizacyjnym. Mniej zebrań, posiedzeń, nieproduktywnej gadaniny – więcej bezpośredniej łączności z naszymi członkami i użytkownikami. Nie zapominajmy o głównym naszym celu – o zaspokojeniu coraz większych potrzeb naszej wsi, naszego środowiska.

Skończmy wreszcie ze sloganem „uczymy się na błędach”, bo to bardzo droga nauka. Raczej uczmy się na dobrych przykładach i wprowadzajmy gdzie tylko można postęp techniczny i nowe formy organizacyjne w handlu i spółdzielczej produkcji.

Sami podnośmy swoje kwalifikacje zawodowe. Życie idzie naprzód. Nauka wyprzedza praktykę i ciągle trzeba się dokształcać, jeśli nie chce się zostać w tyle. Bezpowrotnie minęły czasy kiedy umiejętność dodawania i odejmowania wystarczała, aby stanąć za ladą i sprzedawać. Dziś sklepowy na wsi poza osobistymi walorami jak uczciwość i uprzejmość musi być biegły w towaroznawstwie, znać sposoby stosowania środków ochrony roślin i posiadać wszechstronne rozeznanie potrzeb rynku, który obsługuje.

Nie ma przerw i zastojów w rozwoju. Wczoraj łączy się z jutrem poprzez dzień dzisiejszy.

Znikły już z nad naszych placówek wyblakłe, na desce malowane zielone szyldy. Zastąpiły je inne, szklanne, podświetlone, coraz częściej neonami błyszczące. Pozostał na nich jednak nasz geesowski emblemat, na którym nie rozwalnie połączone jest zębate koło z symbolicznym kłosem.

Kalwaria Zeb. lipiec 1964 r.
Stanisław Ćwikła

Może ci się spodobać również
Zostaw odpowiedź

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.